Jesienne chlapy, dżdżyste poranki, nastrajają mobilizująco. Miasto wpadło w koleiny codziennych, rytmicznych obowiązków. Nie tylko Miasto B. Inne również. Miasteczka na Pojezierzu Drawskim (jakże podobne do warmińskich czy mazurskich), przyciągnęły moją uwagę na kilka tygodni. No i Szczecin, stolica Pomorza Zachodniego wraz ze swoimi, zaplanowanymi od dawna obowiązkami.
Odwiedzam oficjalną stronę internetową Miasta B. i co widzę? Znaleziono USP!!! Magiczne Unique selling proposition czyli unikalną cechę sprzedaży. To coś, co wyróżnia miasto spośród innych w długim szeregu konkurencji, coś, czego inni nie robią, czego inni nie mają. Znalezienie USP to połowa sukcesu!
A co to jest? Wielka gala disco-polo…
Wkrótce wracam do B., spróbuję przekonać mieszkańców, że mają inne USP.
Wakacje w B. skończyły się znienacka jak wszędzie. Idzie jesień. Wiatr zawiewa wspomnienia ciepłych dni w odciski kół. Ostatnie dni sierpnia wszystkim aktywnym, upłynęły pod znakiem intensywnego wypoczynku i wakacyjnych spraw. W zasadzie na kilka dni przed wrześniowym poniedziałkiem wszyscy zniknęli.
Letni wizerunek miasta, zmarszczy się teraz lub napręży. Na pewno będzie inny.
Sękacz Mazurski (jechałem za nim koło Ełku), Sękacz Nadbużański (ze wsi Zańków – w województwie lubelskim), Sękacz Podlaski (Zaniewiczów – poznałem ich przy powstawaniu Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego), Sękacz Sejneński/Bankuchen – widziałem jak pieką na zapleczu restauracji Sados w Puńsku, Sękacz Litewski – degustowałem na Gruene Woche w Berlinie.
Produkty regionalne, szczególnie w Środkowej Europie nie są przywiązane do jednego miejsca. Nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś udowodnił, że i na Warmii sękacze są od wieków wytwarzane. Jeżdżę po północnym-wschodzie, gonię czas i produkty regionalne. Wkrótce wracam do Miasta B.
Kiedy spytałem dokąd mam pojechać, żeby zobaczyć coś ciekawego w gminie B., mój rozmówca wysłał mnie do wiatraka w oddalonej o kilka kilometrów wsi. Potem okazało się, że miejscowość leży w innej gminie. Wiatrak – wskrzeszona w czasach gierkowszyzny atrakcja – dziś potwierdza pokręconą prawdę o likwidacji PGR-ów i prywatyzacji państwowych molochów. Wiatrak sprzedano wraz z gospodarstwem w nadziei, na szybki jego rozwój, wielkiej firmie o krajowym rozgłosie, dziś właściciela firmy poszukuje Interpol, a zabytkowe ruiny przechodzą w niepamięć i niebyt. W świadomości mojego, światłego skądinąd, rozmówcy granica gminy nie istnieje. Granice zatarte są dla turystów, wędrowców, kultury, natury… Najważniejsze jest to coś, co nakręca, co popycha do przodu, każe iść przed siebie. Ta śruba, czy tez zamachowe koło…
W zakładce “teksty” – spostrzeżenia grunwaldzkie.
Wolna wola – w filozofii i teologii, postulowana cecha ludzkiego umysłu i świadomości, pozwalająca człowiekowi samemu decydować o swoich czynach i nie być całkowicie zdeterminowanym przez los, instynkty czy siły wyższe.
Chciałem o woli, ale się chyba zagalopowałem. Jacek, rzeźbiarz trzyma w pracowni oko. Nie wypuszcza go na zewnątrz. Trzyma na uwięzi. Jednocześnie proponuje głównej osobistości Miasta B. wyposażenie wnętrz w rzeźby. Nie wiem, czy oko też miałoby tam stanąć i obserwować? Jacek ma za złe osobistości, że nie podejmuje natychmiastowych decyzji. Osobistość o tym nie wie. Oko zamknięte w pracowni patrzy na bezrobotne rzeźby i konkluduje albo nie… Ma wolną wolę.
Nie w każdym mieście można się wybrać na spacer wzdłuż rzeczki okalającej centrum, prawdopodobnie przy dawnym, nieistniejącym już murze. Zieleń okrążająca miasto mini-plantami, zupełnie jak w Krakowie, rozszerza się w park. Dymer smętnie ciągnie wzdłuż betonowej ściany podwodną roślinność.
Beton w Mieście B. zmurszał i skruszał… Woda, która go latami drążyła zmętniała, straciła przejrzystość, z trudem odbija rzeczywistość… Panta rhei.
Co zrobić, żeby było sławne jak Mrągowo i piękne jak Reszel? Żeby było tajemnicze jak Orneta, stołeczne jak Lidzbark, medialne jak Jeziorany, oczywiste jak Dobre Miasto, z dostępem do dużej wody jak Frombork, wypasione jak Olsztyn?
Miasto B. Żeby było wyraźne, wyraziste… A my, żebyśmy byli piękni i sławni… I bogaci.
Mieszka się tu, miesza się tu. Czeka się na lepsze, na inne. Na jakieś. Gada się, pije się browar. Słucha się muzy. Siedzi się na ławce, pod kością. Łypie się na tych co wchodzą i wychodzą z monopolu. Samochody podjeżdżają, świecą po oczach. Był tu kiedyś browar, pamięta się: “warmińskie”, “olsztyńskie”, “kormoran”, “bis”.
Zostać, czy wyjechać? Bić się o swoje czy olać? Miasto B. znane i swoje w każdej szczelinie między płytami chodnika, do mdłości. Miasto B. matczyne. Niewdzięczne i beznadziejne. Piękne i ukochane.
Herbatka z Panem O. Długo rozmawiamy o Mieście B. O miejscach, wiatrach historii, inicjatywach i przedsięwzięciach, ale przede wszystkim o ludziach. Ludzie tu zwykli i niezwykli, prości i wyjątkowi, tutejsi i przyjezdni. Biedni i bogaci. Jak wszędzie. Dwoiści. Dają się przekonać, wciągnąć do grupy, ale tylko tak do połowy, nie w całości. Takich jednoznacznych tu nie wielu.
Co jest potrzebne temu miastu? – Pytamy się słowami i oczami. I odpowiadamy sobie: klej do ludzi.
To miasto jest swojskie. Swojskie czyli dobrze znane, zadomowione, przyzwyczajone. Chodzi się tu ulicami z pokrzywionymi krawężnikami, ocierając sie o szare, obłupane tynki. Zagląda się mimochodem do wnętrz przez półotwarte okna, wdycha się zapach domowego obiadu i stęchlizny bram. Wdeptuje się w kałuże, odbijające odrapane murki i korony drzew. Piwniczne okienka owiewają mrocznym chłodem stopy. Słońce kładzie cień w tężejącym od upału powietrzu.
Miasto B. jest na dotyk. Na wysokość wzroku. Na wdech i wydech. Jest jak zadeptany bambosz.





